Robocze zakochanie

Robocze zakochanie

Produktywne pisanie to duży problem. Podejrzewam, że łatwiej jest pisać prozę, niż copywriting (pewności nie mam, bo radzę sobie tylko z opowiadaniami, a przy powieściach szybko mnożą mi się wątki, których nie umiem kontynuować), a to dlatego, że żeby pisać wydajnie, trzeba czuć przyjemne wewnętrzne ciepło (paskudnie to brzmi przy 35 stopniach na zewnątrz).

Chleba naszego spowszedniałego

Problem z dużymi zleceniami (a także tekstami dla siebie) pojawia się w związku z długim czasem pracy nad jednym tematem. To samo, tak myślę, będzie prawdziwe dla autorów powieści – to trochę jak długi związek. Jasne, że kochasz, ale już znasz. Już wiesz, co będzie za chwilę. Zero przyspieszonego tętna, żadnego skoku ciśnienia, nic. Miłość, ale taka stabilna. W życiu nie zawsze się to sprawdza, a co dopiero w pracy.

Duże zlecenia powszednieją. Można napisać sto tekstów o obrabiarkach CNC, ale każdy następny będzie już coraz bardziej przewidywalny dla piszącego. To nie znaczy, że będą to złe artykuły. Mogą być coraz doskonalsze, jeśli w każdym czegoś się uczysz, ale ich pisanie stanie się przewidywalne. W copywritingu najlepsze jest odkrywanie. Dzielenie się zdobytą wiedzą to taki dodatek, ale kiedy w źródłach już niewiele nowego można wyczytać, wciąż można pisać doskonale, ale już bez tych wewnętrznych okrzyków „o, tego nie wiedziałem!”.

Idźcie stąd, myśli, jesteście nudne

Jak sobie poradzić z pisaniem w takich warunkach? I od razu zaznaczam, że w prywatnym życiu ta zasada jest wybitnie niehonorowa, niegodna i obrzydliwa. Zrobić coś innego, zająć się kolejnym tekstem. Dlatego wielu copywriterów prowadzi dziennik. Jeśli trafi się duże zlecenie, to w każdej chwili, nawet jeśli nie ma niczego innego na warsztacie, można sobie otworzyć dziennik i zrobić tam intelektualny rozgardiasz. Można też oczywiście po prostu iść się przejść albo nie robić zupełnie nic i -mając więcej czasu – wrócić do zlecenia w kolejnym dniu. Najprostsza metoda świata.

Zrobić tak, żeby nudy nie było widać

Znudzony copywriter to zagrożenie dla całej kampanii reklamowej, bo po pewnym czasie zaczyna lecieć sztampą. Taki sam układ akapitów, bardzo podobne konstrukcje gramatyczne, te same argumenty w dyskusji, te same przykłady. Tak działa mózg – robi wszystko, żeby się nie przemęczać. Niestety klient, nawet jeśli rozumie biologię, nie będzie zadowolony z tego, że ona działa. Warto więc w miarę elastyczności, jaką zostawiają wytyczne, wprowadzić stylistyczne eksperymenty. Zmienić narrację, napisać antyporadnik zamiast poradnika, wejść w polemikę z własnym punktem widzenia. Wypracowanie tych technik wymaga więcej czasu niż cokolwiek innego, ale warto. Sam do dziś staram się odkrywać kolejne metody na to, żeby ukrywać przed czytelnikami, że pisanie setny raz o tym samym nie ma już w sobie żadnego uroku nowości. Na szczęście działa to na tyle dobrze, że pisząc kilkaset tekstów dla jednego klienta na ten sam temat, nudy nie pokazuję nie tylko na zewnątrz, ale nawet nie czuję w środku. Ta supertajna metoda walki z monotonią nazywa się „nauka”. W skrócie – sprawdzam źródła, nawet jeśli dobrze znam temat. Może coś przeoczyłem i czymś nowym warto się podzielić?

Grafika wpisu: Heart vector created by freepik – www.freepik.com

Robert Wąsik

Od 10 lat copywriter. Zdobywam wiedzę, ale prywatnie zostałem nudziarzem. Nie znoszę komputerów, więc piszę dobrze za pierwszym razem, żebym tylko nie musiał poprawiać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.