Jak umarły zaplecza SEO i część SEO-copywritingu

śmierć zapleczy SEO

Zaplecza pozycjonerskie ustawiane na własnych domenach nie są już tak bardzo popularne, jak jeszcze kilka lat temu. To jest faktem równie wyraźnym, co ocieplenie klimatu, a z faktami się nie dyskutuje. Nikt też jeszcze nie zmądrzał od samego powtarzania najprawdziwszych prawd, za to analizując przyczyny, można dojść do prawdziwych odkryć. Dlaczego więc zaplecza pozycjonerskie i teksty SEO na nich publikowane straciły swoją moc?

Powód nr 1: bunt robotów

Google od dawna dąży do tego, żeby automaty crawlujące, przeszukujące sieć w poszukiwaniu treści, działały w sposób maksymalnie zbliżony do ludzi i to se same artykuły uznawały za istotne. Jest to teoretycznie duże wyzwanie programistyczne, ale SEO-wcy i współpracujący z nimi copywriterzy bardzo je ułatwiali, dzieląc teksty na te wyższej jakości i niższej. Sama idea, choć pokrętna, ma jakiś sens, ale poprzeczka w SEO copywritingu była ustawiona zbyt nisko i wystarczyło zaimplementować kilka algorytmów, żeby teksty zapleczowe wypadały masowo z indeksu Google. No a to, czego w indeksie nie ma, nie pomaga w żaden sposób. SEO-specjaliści zostali więc w ten sposób zmuszeni do zamawiania tekstów lepszych (inna sprawa, ilu Januszów copywritingu w tym czasie straciło zajęcie ku radości otoczenia), te oczywiście były i są droższe i nie bardzo komukolwiek chce się ryzykować publikację ich w mocno niepewnych zapleczach.

Powód nr 2: copywriter musi jeść

Trochę to egoistyczne, wiem, bo przecież copywriterzy nie mieli niczego wspólnego ze śmiercią SEO zapleczowego. Czy jednak na pewno? Sam też osiem lat temu zaczynałem od pisania tekstów na precle po złotówce za sztukę, ale wtedy nawet nie wpadłem na to, że ktoś może takie artykuły wykorzystywać do promocji. Wiele osób z branży zaczynało i do dziś zaczyna podobnie. Tyle że taki układ nie jest wygodny – siedzi się cały dzień, żeby zarobić 100 złotych. Wiem, być może należysz do tej grupy, której wydaje się to niemałą kasą, ale w momencie przejścia na własną działalność związanie końca z końcem jest trudniejsze. Nie dziwi więc, że tak samo, jak pozycjonerzy wciskali kit, że działają zaplecza (nie działały, dopiero czasu udowodnił, że niektóre z nich mogły – raczej awansem – przynosić pewne skutki), tak copywriterzy pomyśleli, że lepiej byłoby odwieść klientów od zmawiania tanich tekstów. Czy to było wciskanie kitu? Po części na pewno, bo w zasadzie, dopóty, dopóki precle działały, a był taki czas, to takie promowanie droższych tekstów i ich używanie mijało się z celem SEO. Tyle że koniec końców przyniosło to pozytywny efekt, bo doprowadziło do dzisiejszej sytuacji, w której chłamu jest mniej.

Powód nr 3: konsument chce dobrego tekstu

Właściwie jest to usprawiedliwienie copywriterów i ich działania opisanego w poprzednim akapicie. Klienci, których świadomość rosła, zaczynali rozumieć, że to, co czytają w sieci, jest bezwartościowe. Nawet jeśli jakimś cudem czytali tekst napisany poprawną polszczyzną, mogli z góry założyć, że jest beznadziejny w warstwie merytorycznej. Czy taka promocja działała? Widziana okiem SEO-wca owszem, bo wyniki w Google były coraz lepsze. I choć pozycjonerzy robili co mogli, żeby wmówić swoim klientom coś innego, do tych już docierało, że nawet pierwsza pozycja w Google jest warta tyle, co zeszłoroczny śnieg, jeśli klient stronę zobaczy, ale niczego na niej nie zrobi, nie kupi i nie zamówi. Teksty zapleczowe nadal bywały wysoko w wyszukiwarkach, przynajmniej w porównaniu z preclami, więc zaczęto je wykorzystywać trochę inaczej. Zaplecze, zamiast składać się z tematycznych zamkniętych precli, stawało się coraz bardziej rozbudowane: dołączano tam funkcje społecznościowe, tworzono portale branżowe itd. To był tak naprawdę początek content marketingu.

Powód nr 4: na pewno nie oddam mojego tekstu

Zdarza mi się – Tobie być może też – promować się w sieci. Tu jakiś artykuł tematyczny, tutaj gościnny, być może korzystasz (ja nie) z artykułów sponsorowanych. Zasadniczo nie ma w tym niczego złego, aby być może miewasz w związku z tymczasem pewien problem: czy ten artykuł jest odpowiednio kiepski, żeby go publikować gdzieś indziej niż na własnej stronie? Najlepsze każdy zawsze chce mieć u siebie, na swoim blogu, pod pełną kontrolą, a nie oddawać komuś, najczęściej jeszcze z prawami majątkowymi. To problem szerszy, dotyczący nie tylko zaplecza pozycjonerskiego i publikowanych tam tekstów. To konflikt niemalże romantyczny, bo jego rozwiązanie wymaga osiągnięcia niemożliwego, a konkretnie pisania zawsze tekstów na równym (i nieniskim) poziomie. W przypadku zapleczy starego typu był to duży kłopot: artykuły znikały z sieci błyskawicznie, ewentualnie mnożyły się, jeśli były masowo kradzione. Jedynym sposobem na to, żeby skończyć z tą paranoją, było dobicie zapleczy SEO. To ma związek ze zjawiskami, o których pisałem wcześniej. Nie stawiano już zapleczy z własnych precli, ale wykorzystywano serwisy tematyczne, w których publikowano dobre artykuły. Jasne, konflikt pt. „czy oddać, czy lepiej puścić u siebie” był, jest i będzie aktywny, ale teraz publikacja na zewnątrz jest mniej ryzykowna, za to marketingowo skuteczniejsza.

Uwaga nr 1: zaplecza przecież istnieją

I tutaj artykuł przeradza się w wewnętrzną polemikę. Przecież nie dalej jak wczoraj skończyłem zlecenie na 52 teksty zapleczowe po 400 słów i wziąłem kolejne: 99×450 słów. Czyli ktoś to jednak buduje. Tyle że to zaplecze będzie stworzone na własnym blogu klienta, ale jednak… No dobrze – zaplecza istnieją, ale zauważ, że nie mają już takiej formy, jak parę lat temu. Że teksty są trochę gorsze, a przynajmniej na to pozwala klient? To prawda, tylko że nadal wiele im brakuje do dna, jakie wydawało się średniawką w czasie zapleczowego Eldorado. Dziś po prostu pojęcie zaplecza SEO zostało bardzo rozszerzone. To już więcej niż tylko zewnętrzne blogi – wszystko, co jest wykorzystywane w kampanii pozycjonerskiej, stało się zapleczem.

Uwaga nr 2: teksty mogą być lepsze i gorsze

Być może odniosłeś wrażenie, że moim zdaniem teraz już nie ma słabych tekstów. Są, pewnie, że są. Niestety. Tylko po pierwsze ja z nich wyrosłem, więc nie obracam się już w kręgu SEO-klepaczy, a po drugie wyrosłeś z nich prawdopodobnie i Ty, skoro doczytałeś aż tak daleko. Nie tylko, że niektórzy autorzy nie mają kompetencji do pisania w ogóle, ale też każdy z nas, copywriterów, miewa gorszy dzień albo słabszą godzinę. Też, zanim wezmę się za coś poważnego, muszę wprowadzić się w tzw. flow, pisząc cokolwiek. Pamiętnik, gorszy tekst na giełdę, jakaś zapleczówka, coś na potrzeby własnej promocji: rzadko jestem dumny z tych tekstów, ba, często w ogóle nie chcę o nich pamiętać, ale one są, niekiedy nawet wydaje się, że wychodzą niezłe. Grunt, że poziom nie jest równy: część tekstów w sieci jest lepsza, a część gorsza (porównaj sobie choćby artykuły na Interii sprzed paru lat i te dzisiejsze albo książki starych wydawnictw z tymi, które są wydawane dziś – jeśli chcesz wziąć jakąś, w której na bank na każdej stronie są błędy, to polecam Wydawnictwo Sonia Draga). I dla każdego z tekstów jest w sieci (i nie tylko) miejsce. Zaplecze to często ten obszar, do którego trafiają raczej kiepskie materiały, choć punkt, w którym uznasz coś, za nienadające się na własną stronę, możesz ustalić dowolnie.

Podsumowanie (tym razem jedyne)

Zaplecza SEO i teksty SEO-copywriterskie ewoluują. Oczywiście, że te gorsze metody wcale nie znikają, tak samo, jak dobór naturalny nie wyeliminował ogólnie słabszych gatunków, tylko dostosował je do środowiska. To samo zadziało się tutaj: aksolotle, tasiemce i wszy copywritingu nadal są widoczne, ale to już nie są zaplecza, tylko raczej SEO-śmieci, z których korzysta się czasem z przyzwyczajenia, a czasem z nieświadomości istnienia innych, lepszych metod. I tak samo, jak jedna dżdżownica (prymityw przecież) może być silniejsza od drugiej, z kosem nieszczególnie którakolwiek ma szanse.

Powiązane wpisy

  • Czy materiał był pomocny?
  • Tak   Nie

Do wpisu 42 dodano 4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *