Jak najłatwiej zniszczyć produktywność copywritera?

Jak najłatwiej zniszczyć produktywność copywritera?

Przyznaję, że w zasadzie większość pozycji z listy dotyczy nie tylko copywritera, ale właśnie na tym się skupiam. I przyznaję też, że czasem trzeba zrobić coś, co się na tej liście znajduje, ale pod warunkiem, że zrobi się to tak, żeby nie zepsuć całego dnia pracy. I przyznaję też, że nic – poza moim lenistwem – nie stało na przeszkodzie, by tę listę uczynić trzykrotnie dłuższą.

  1. Spotkania i telefony. Co do spotkań – na szczęście przez 10 lat mojej praktyki tylko trzech klientów wpadło na szalony pomysł spotkania. Tych, którzy uznają, że potrzebna jest rozmowa telefoniczna, jest więcej. Tylko po co, skoro i tak muszę zakończyć ją słowami „proszę te wszystkie wymagania wysłać w mailu”? A mail jest lepszy od telefonu, ponieważ nie zapomina i stanowi doskonałą podkładkę dla obu stron, jeśli w zleceniu coś się zaczyna nie zgadzać.
  2. Oczywistości i niedopowiedzenia, czyli wszystko, co można opisać jako zadania na poziomie „to trzeba jakoś inaczej, bo tak nie może być”. I tu przydaje się mail – albo coś miało być tak wykonane, albo nie. Nie ma innej możliwości. Oczywistości takie jak „tekst ma być unikalny” i niejasności („ja bym to napisał inaczej”. To napisz) burzą porządek dnia nie dlatego, że są, tylko dlatego, że niczego konkretnego nie wnoszą.
  3. Zarządzanie w stylu mewy, seagull management. Czyli wszystko, co robi klient, który nie zna się na pracy copywritera, ale przychodzi nie z wytycznymi, tylko z instrukcjami. Już pal licho „mają być trzy słowa kluczowe na 1000 znaków”, ale nagle wpada na skrzynkę mailową wiadomość „źle to wygląda”. Klient wpada, napaskudzi i odlatuje. A dowiedzieć się, co konkretnie wygląda źle – nie ma opcji, dopóki nie przyleci jeszcze raz.
  4. Przywłaszczenie zasług. To z kolei trafia się często przy współpracy z agencjami. Specjaliści stamtąd wypromują strony klientów – potrafią to zrobić, więc to robią – ale nigdzie się nie zająkną, że gdyby nie copywriterzy, to nic by nie zrobili. Nie wspominają na stronie, cały czas chwaląc się, że umieją w SEO, ale nic o tym, jak wielu ludzi – grafików, copywriterów, analityków i innych, odpowiada w praktyce za sukces. Jeśli projekt jest wielki, to takie wykluczenie z grona autorów sukcesu zawsze boli i sprawia, że się nie chce pisać.
  5. Otoczenie. Każdy hałas, nadprogramowy szmer, nowy dźwięk czy dodatkowy ruch potrafią wybitnie skutecznie wybić z rytmu. Ja akurat pracuję bez słuchawek i bez muzyki, ale przy otwartym oknie (bo inaczej się uduszę, ale chętnie bym je zamknął). Wszystko, co nie pasuje do standardowego zestawu bodźców z otoczenia, irytuje, powoduje, że skupienie pryska, a powrót do pracy jest naznaczony poważnym wysiłkiem.
  6. Beznadziejny plan. Najczęściej plan jest rzeczą pożądaną, ale nie wtedy, kiedy nikt nad nim nie czuwa. A to zdarza się często: klient zamawia w developera stronę, u grafika różne elementy szablonu czy papieru, a u copywritera tekst. I żaden z trzech faktycznych wykonawców nie zna pełnego planu. Każdy dostaje jakieś strzępy, które później ktoś będzie łączył i – w czym niespodzianki nie ma – nic nie będzie do siebie pasowało. Plan jest dobry, ale jedna czynność może dziać się według dokładnie jednego planu. Nie mniej i nie więcej.
  7. Dążenie do doskonałości. Są tacy klienci, którzy życzą sobie perfekcyjnego opracowania. Tymczasem dobry copywriter jest jak programista i wie, że czasem osiągnięcie celu wymaga zastosowania rozwiązań nieoptymalnych. Jeśli artykuł ma być czytany przez maksymalnie trzy minuty, to nie można skupiać się na szczegółach technicznych opisywanych produktów. Coś trzeba poświęcić, ale wiele osób nie uwzględnia tych poprawek. A produktywność się sypie, bo ciężko w planie pracy uwzględnić wykonanie rzeczy niemożliwej, a następnie jeszcze do tego poprawki.
  8. Nadmiar narzędzi. To na szczęście zdarza mi się rzadko, ale wiem z opowieści kolegów i koleżanek z branży, że niektórzy tracą przez nadmiar narzędzi całe dnie. Nie nadmiar swoich narzędzi, tylko narzędzi klientów. Na przykład tych, dla których wyznacznikiem jakości tekstu jest Yoast, więc każą napisać tekst na dokładnie 643 słowa, w tym dokładnie 5 razy użyć frazy „siłownia grudziądz”. A później jeszcze się okazuje, że drugi akapit to jest za długi o 7 słów, a w ogóle to z jakiegoś powodu wtyczka krzyczy, że się fraza nie pojawia w trzeciej linii od dołu, pomijając podpis, a poza tym jest o dwa znaki przesunięta w lewo. Ja wiem, że trzeba mieć jakieś wytyczne, ale jeśli już, to bazuje się na jednym narzędziu, bo jeśli są dwa, to zalecenia na bank będą sprzeczne.
  9. Traktowanie szacunków jako obietnic. To z kolei etap wstępny prac. Kiedy klient pyta, ile zajmie przygotowanie tekstu, otrzymuje szacunki np. 3-5 dni (tu przeczytasz o tym, czy 2 tygodnie to zawsze 14 dni). Już o świcie trzeciego dnia na skrzynce wisi wiadomość z pytaniem „jak idzie”. Po dwóch godzinach kolejna: „kiedy tekst będzie gotowy”. Po południu „coś długo to trwa, miało być na dziś”. Nie, nie miało. Cierpliwie tłumaczę, że podałem widełki i zaznaczyłem, że to szacunkowy czas. Rozumiem – spytać raz albo dwa (tylko po co?), ale pytanie co chwilę nikomu nie pomaga. No i wstępne założenia nie są obietnicą – termin to termin, a szacunki to szacunki.

Grafika wpisu: Vintage vector created by freepik – www.freepik.com

Robert Wąsik

Od 10 lat copywriter. Zdobywam wiedzę, ale prywatnie zostałem nudziarzem. Nie znoszę komputerów, więc piszę dobrze za pierwszym razem, żebym tylko nie musiał poprawiać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.