Do skrzynki na listy codziennie trafiają jakieś reklamy, ale reklama książki to dla mnie nowość. Zamiast jednak pognać do księgarni, wolałem sobie przeczytać, co też na ulotce ktoś mądry napisał. A jak już przeczytałem, to pomyślałem, że będzie z tego dobry materiał edukacyjny.

W czym rzecz?

Granica błędu - ulotka dla copywritera

Ulotka reklamuje „książkę” pt. „Granica błędu”, której „scenariusz napisało życie”. I wbrew pozorom właśnie to hasło zamieszczone na awersie jest najpoważniejszą wadą całej ulotki. Całość jest nawet dość zgrabnie ułożona, nie mogę się czepiać – co bardzo lubię – interpunkcji. Jest to jednak znakomity przykład tego, jak można zepsuć dobry tekst. Mam bowiem wrażenie, że ktoś chciał tu za bardzo dociągnąć każdą literę, każde zdanie dopracować tak, by znaczyło ono jeszcze więcej. No i się nie udało. Nigdy się nie udaje. Wyszło pretensjonalnie.

Hasło pozornie dobre

Na awersie, którego fotografii nie zamieściłem, znajduje się hasło „książka, której scenariusz napisało życie”. Zgoda – „scenariusz napisany przez życie” to banał nad banały, frazes oklepany do granic bólu i możliwości. Teraz tak: na rewersie pojawia się adres e-mail z imieniem i nazwiskiem autorki. A skoro tak, to fajni by było, gdyby twórczyni „książki” wiedziała, że nie napisała „książki”, tylko powieść, nowelkę, wywiad, reportaż, esej, felieton czy co tam jeszcze jej się udało. Pisanie o powieści jako „książce” jest niepotrzebnym, trywializującym uproszczeniem.

Ale, ale! Od kiedy to w ogóle książki mają scenariusze? Scenariusz może mieć film, sztuka teatralna, ale nie książka. Więc całe hasło szlag właśnie trafił, bo zawiera błąd pojęciowy na początku, drugi zaraz po nim, a kończy się banałem.

A co z głównym tekstem?

Właśnie ten – skądinąd dobry językowo tekst – sprawił, że książki nie przeczytałem i nie przeczytam. Wali banałem na kilometr i jest nadmiernie emocjonalne (a o nadmiarze emocji w krótkim tekście tutaj). Młoda dziewczyna → błędna diagnoza → zrujnowane życie. Walka do samego końca. Walka o każdy dzień.

No nie. Wybaczcie, ale jeśli w powieść składa się z równie odkrywczych treści, to przeczytawszy już parę książek, nie będę zaskoczony absolutnie niczym. To dobra nauka dla ludzi zajmujących się marketingiem. Jestem przekonany, że w „Granicy błędu” znajduje się coś szczególnego. To jednak tylko moje przekonanie wynikające z doświadczenia, reklama niczego na ten temat nie mówi. To klasyczna sytuacja: oto jest produkt należący do bardzo popularnej kategorii, odróżniający się od konkurencyjnych wyrobów tylko detalem – może ważnym, ale jedynie detalem. Jeśli się o tym potencjalnemu klientowi nie powie, to ten się nie domyśli! Nie może się domyślić, szczególnie jeśli brakuje mu doświadczenia. Taka reklama może być dobra językowo, ale absolutnie nie zawiera odpowiedzi na pytanie, dlaczego warto wybrać właśnie konkretny produkt.

Środkowy akapit (niestety zaczynający się również od pretensjonalnie czerwonego inicjału) zawiera moje ulubione sformułowanie z ulotki: „dno, z którego nie ma trampoliny na szczyt”. Wieloznaczne logicznie, podszyte przewidywalnością, zupełnie niepotrzebne.

A ostatnia część to już wisienka na nielogicznym torcie. Wynika z tego, że autorka napisała coś w rodzaju thrillera medycznego (mniam) z morałem (fuj) i jednocześnie romansidło (zdecydowanie nie dla mnie).

Posłuchajcie, drodzy autorzy: nie da się napisać jednocześnie o wszystkim. Napiszcie dwie dobre powieści, nie łączcie ich. A Wy, drodzy reklamotwórcy, nie przypisujcie swoim produktom wydumanych właściwości. Skupcie się na jednym aspekcie, nigdy nie starajcie się mówić „zaraz rozwiążę wszystkie problemy tego świata”. Nie rozwiążecie nawet połowy z nich, ale możecie udowodnić, że uporacie się z jednym. Sytuacja przypomina trochę to, co opisałem już w artykule o sześciocyfrowych zleceniach – to kwestia wyboru między przeciętną, ale realną, a wspaniałą, ale niemożliwą do zrealizowania opcją.

Podsumowanie

Nie wiem, co zawiera powieść, nie miałem jej w ręce. Nie oceniam autorki ani samej treści opowieści, którą wymyśliła. Przede mną leży tylko ulotka. Ulotka zresztą językowo – jeśli chodzi o aspekt językowy – całkiem zgrabna. Jednocześnie jednak tekst ulotki jest kwintesencją podejścia do reklamy (do pisarstwa niestety czasem też) – to mieszanka naciągniętych banałów, odrobiny językowych absurdów i dowodów na to, że zgodność z regułami języka polskiego nie wystarcza, by treść ocenić pozytywnie.

Jeśli ktoś z Was, drodzy moi Czytelnicy, przeczytał „Granicę błędu”, niech da mi, proszę, znać w komentarzach, czy jest warta lektury.

Powiązane wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.