Budzik stary, ale bardzo jary

Artykułów sugerujących, jaki jest niezbędny warsztat copywritera, powstały już setki. Kilkadziesiąt z nich przeczytałem i w mniejszym lub większym stopniu się do nich stosowałem, zanim wypracowałem własny styl, będący mieszanką technologii nowszych i starszych. Moja propozycja to rozszerzona wersja – przyda się wielu osobom, które swoje biuro mają w domu, a pewnie nie tylko.

Krótko: dlaczego?

Komputer jest niezbędny, telefon może być praktyczny, ale niezastąpione są też tradycyjne, analogowe narzędzia. Większość poradników nosi tytuł w stylu „10 aplikacji niezbędnych w pracy copywritera” albo „10 niezawodnych programów komputerowych w domowym biurze”. Będzie i o tym, ale gdzieś w tle tego artykułu postaraj się znaleźć drugie dno – wezwanie do poszukiwania własnych rozwiązań.

Oprogramowanie komputerowe

Mój zestaw jest dość nietypowy – to dość już wiekowy Lenovo ThinkPad x200, w którym doceniam doskonałą matrycę, podświetlenie od góry wbudowaną LED-ą i naprawdę solidną konstrukcją. Ponieważ jednak sprzęt ma swoje lata (kupiłem go jako poleasingowy), to nie licz na instalację nowych Windowsów. Moje propozycje są nieco inne:

  • Linux Mint – to prosty, bezobsługowy system, w którym mogę zrobić wszystko: od napisania artykułu, przez stworzenie naprawdę bogatej bibliografii, aż po wypełnienie deklaracji VAT.

  • Libre Office (w wersji poniżej 5.3, bo w tej deweloperzy usunęli opcję skalowania interfejsu, zakładając, że wszyscy użytkownicy mają wzrok 20/20) jako podstawowy pakiet biurowy. Opcjonalnie leży też Krita, Focus Writer, cały pakiet Open Office, a w sytuacji absolutnie bez wyjścia – MS Office 2007 uruchomiony pod Wine.

  • Chromium jako domyślna przeglądarka internetowa i Links2 jako tekstowa alternatywa. Zarówno tutaj, jak i obowiązkowo w Libre Office zainstalowane są dodatki Languagetool.org. Wprawdzie nie zastępują zdrowego rozsądku, ale ułatwiają życie.

  • Thunderbird do obsługi poczty, bo jest za darmo, a poza tym po prostu się do niego przyzwyczaiłem. A jako że pozwala mi obsłużyć wszystkie konta równocześnie i etykietować wiadomości oraz tworzyć dość złożone systemy filtrów, to teraz zmiana programu byłaby zbyt wymagającym zajęciem.

I to w zasadzie tyle. Są oczywiście od czasu do czasu przydatne Gimp czy eDeklaracje, ale bez tego da się żyć, a korzystają tylko z kilku programów uzyskałem naprawdę wydajny, wygodny i wszechstronny zestaw. Dzięki temu, że Wszystko jest skompilowane do własnego dysku LiveCD z systemem, to nawet awarie mi nie straszne, a kopie danych są przechowywane bezpiecznie na dysku zewnętrznym, dodatkowo na karcie, a z rzadka i w Dropboxie.

Aplikacje mobilne

Zrobiłoby większe wrażenie, gdybym zostawił ten akapit pusty, bo teraz naprawdę nie używam żadnego programu w telefonie. Dawniej jednak lista była dłuższa, z tym że zapadły mi w pamięć głównie 3 pozycje.

  • Brain Focus: prosty, ale ostatnio trochę już przekombinowany program, który zastąpił wszystkie wersje Pomodoro dzięki jednej funkcji, którą spotkałem później tylko raz – wyciszeniu głosu w czasie sesji pracy. Po zmianie telefonu jednak zyskałem wbudowaną a Andka opcję „Nie przeszkadzać”, a sam timer mi nie potrzebny, więc Brain Focus, choć mam do aplikacji spory sentyment, przestał być potrzebny.

  • Time Planner: zadania i plan. Z tym programem związałem się, ponieważ jest jedną z dwóch aplikacji Oleksandra, które tłumaczyłem na Polski. W zasadzie program potrzebny mi nie był, ale używałem go, żeby przynajmniej widzieć, co tłumaczę (część zwrotów jednak musiałem tłumaczyć, zanim trafiły nawet do beta-testowej wersji). Podoba mi się idea osiągania zaplanowanego celu, ale osobiście nie lubię bawić się tyloma funkcjami, więc w Time Planner przyjął się średnio. Niemniej jednak uważam, że dla maniaków planowania jest to jedna z lepszych, choć może niepowalających estetyką, opcji.

  • Shuffle my life. Ten program z kolei mogę polecić osobom, które nie wiedzą, co zrobić ze sobą w czasie przerw. Spora część zadań podsuwanych do wykonania jest infantylna, a niektóre wręcz kretyńskie, ale są i prawdziwe perełki. To raczej program rozrywkowy, który pozwala dołożyć smaczek do dnia pracującego.

Niech żyje analogowy świat

Dwie rzeczy w wersji cyfrowej nie mają prawa się u mnie przyjąć: kalendarz i zegar.

  • Kalendarz: zwykły, papierowy kalendarz książkowy, w którym zapisuję sobie zadania razem z czasem potrzebnym na ich wykonanie. Owszem – nie jest aż tak łatwy do zabrania, jak telefon, w dodatku wymaga długopisu, ale co to za autor, który brzydzi się tuszu? Poza tym wprowadzanie zmian w papierowym terminarzu idzie mi znacznie sprawniej, a dzięki temu dodatkowo mogę całkowicie wyeliminować telefon z przestrzeni roboczej.

  • Budzik. Mam znakomity, kilkudziesięcioletni mechaniczny budzik Sevani. Jest pomarańczowy i ma normalne, klasyczne dzwonki na szczycie. W przeciwieństwie do Brain Focus nie przerywa mi pisania w pół zdania, bo nie dzwoni (mógłby, ale nie nakręcam tej sprężyny, bo jest mi to zbędne), a pozwala mieć wgląd w aktualny czas (niestety – na kontrolowanie czasu nie pozwala).

  • Kołnierz ortopedyczny. Został mi po nieergonomicznej pozycji, jaką miałem w starym domowym biurze parę lat temu. Przydaje się czasem do potrzymania głowy, żeby można było śmiało spojrzeć przed siebie.

  • System podtrzymania życia: składa się z widoku za oknem (nic nadzwyczajnego, ale kiedy usiądę, to widzę głównie niebo), ulubionej podstawki pod kubek, zrobionej przez moją wtedy-jeszcze-dziewczynę-a-nie-żonę i w zależności od okoliczności przyrody i zlecenia szklanki na wodę z cytryną, filiżanki z herbatą albo kieliszka z winem.

A co u Was?

Nie podzielę się zdjęciem biura – nie przypomina ono tego z katalogów, zresztą to zbyt intymne miejsce, żeby je tak wywlec na światło internetu, za to bardzo chętnie dowiem się, jakie rozwiązania Wy wypracowaliście dla siebie!

Powiązane wpisy

  • Czy materiał był pomocny?
  • Tak   Nie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *