Dlaczego nie brać sześciocyfrowych zleceń

pieniądze za zlecenie?

Jakiś czas temu Maciej Wojtas napisał u siebie na blogu o tym, jakie zlecenia mogą dać sześciocyfrowe zarobki. Obiecał co prawda napisać, jak je zdobyć, bo taka wiedza mogłaby być przydatna, ale ja nie o tym. Chciałbym, zainspirowany tym wpisem, opowiedzieć o tym, dlaczego właściwie nikomu nie powinno zależeć na zdobyciu takich zleceń.

Oryginalny wpis Macieja Wojtasa o zdobywaniu sześciocyfrowych zleceń znajduje się tutaj.

Czym innym jest „dostać”, a czym innym „zdobyć”

Jeśli byłbym wziętym scenarzystą albo autorem książek, to sześciocyfrowe zlecenia byłyby normą i prawdopodobnie co któreś zamówienie musiałbym odrzucić. Ale gdyby babcia miała wąsy… to by była nadal babcią, tyle że z wąsami. Nic z tego. To nie jest propozycja zdobycia zlecenia, tylko albo przekwalifikowania (bo ani książka, ani scenariusz to nie jest coś, co mieści się w pojęciu copywritingu, choć w pisaniu już tak). Ostatecznie jednak, gdyby ktoś zaproponował mi sześciocyfrową sumę za coś, czym się normalnie zajmuję i nie musiałbym przy tym się napracować – biorę w ciemno. Tyle, że to się nie zdarza, bo takich zleceń się nie dostaje, tylko zdobywa.

Zdobywanie zleceń wiąże się z walką o nie. A to oznacza, że jakieś straty trzeba ponieść. W pierwszym ze swoich sposobów Maciej wspomina o zleceniach dla gigantów – mi wystarczyła jednorazowa współpraca z Onetem przy zaopatrywaniu ich w teksty do jednego serwisu na stanowisku głównego copywritera. Nigdy więcej. Dlaczego? Dlatego, że współpraca freelancera z tak dużą firmą kończy się załamaniem nerwowym – kwoty są wprawdzie imponujące, ale użeranie się z armią menedżerów (jeden o wypłat, drugi od tego, żeby wiedzieć, że wypłat nie było, trzeci od fraz kluczowych, czwarty od ich wysyłania itd.) nie daje żadnych efektów. Większość godzin w takich zleceniach to organizacyjne czy raczej dezorganizacyjne duperele, na które nie ma się ani ochoty, ani energii.

Trochę ryzyka, trochę kantu

To oczywiście nie jest wycieczka osobista, tylko wyraz niepohamowanego wewnętrznego zdziwienia. Czy naprawdę nazwanie oszustwa ghostwritingiem cokolwiek zmienia? Zgoda, poniekąd też jestem ghostwriterem, bo teksty copywriterów często nie są podpisywane ich imieniem – szczególnie jeśli to opisy albo content marketing. Nie walczę z tym, bo mi nie zależy. Ale ghostwritingiem jako takim się brzydzę i nie tykam. Cen więc nie znam, ale mam nadzieję, że nurzanie się w bagnie, a tak wyobrażam sobie pisanie autobiografii ludzi ze świecznika, nie jest powszechnym zamiłowaniem. Jedynym akceptowalnym dla mnie sposobem na dokonanie takiego wyczynu jest rozbicie tego na 2 etapy: wdrapanie się na świecznik, a później napisanie autobiografii.

Konkursy, projekty, przetargi

Wszystko ładnie i pięknie, ale wszystkie te sposoby dziś wydają się mocno przereklamowane. To w istocie wydawanie pieniędzy, których się nie ma – najpierw trzeba zainwestować w dobra ofertę (a to oznacza bardzo drogie przygotowania), spędzić mnóstwo czasu na czynnościach wstępnych, a później stanąć w szranki z rzeszą podobnych i grupą lepszych osób. Nie zrozumcie mnie źle – nie liczę na łatwa kasę, sześciocyfrowe zlecenia załatwione w godzinę, ale tutaj równowaga przesuwa się za bardzo poza pożądany rejon. Jeśli z takich wypłat podliczyć stawki godzinowe, to już zachwytu nie będzie, za to problemów może się łatwo namnożyć.

To oczywiste – wysokie wypłaty będą rozdawane w dużych konkursach i za duży nakład pracy (przynajmniej w świecie idealnym), ale matematycznie ten sam efekt można osiągnąć, mniejszym kosztem zdobywając kilka mniejszych zleceń. Dodatkowy plus tej sytuacji jest taki, że jeśli z jakiegoś powodu prace utkną na jednym odcinku albo wycofa się jeden klient (a konkursy się odwołuje, czego przykładem ostatni konkurs content marketingu), to przy większej liczbie zleceń można to zupełnie zignorować.

Powiązane wpisy

  • Czy materiał był pomocny?
  • Tak   Nie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *