Copywriting na zielono

Zieleń ma milion odcieni i wszystkie można spotkać w marketingu. To oczywiście tylko przenośnia, ale zaraz postaram się udowodnić, że nie tak znowu kiepska, jak się może na początku wydawać. Będzie trochę o błędach, trochę o rodzajach treści, a trochę o podejściu autorów. Zaczynajmy!

Jeśli jesteś zielony…

…to ucz się od innych. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy zieloni i nic nie wskazuje na to, że w ogóle może się to zmienić. A przynajmniej zawsze znajdzie się ktoś lepszy. Bycie zielonym nie jest złe – anegdota krążąca w setce wersji od czasów Noego głosi wszak, że tylko żółtodziób (czyli, jakby nie patrzeć, po angielsku greenhorn) może zrobić rzecz niemożliwą, bo po prostu nie wie, że się nie da. Może na co dzień nie będzie to tak jaskrawe, ale nie raz i nie dwa już różni ludzie udowodnili, że czasem brak doświadczenia może być atutem.

A jeśli nie masz zielonego pojęcia…

…to się naucz. Oczywiście – mógłbym udzielić rady prostszej i zalecić, żeby ci, którzy się nie znają, po prostu się nie wypowiadali. Na pewno debaty byłyby bardziej czytelne, ale głównie te polityczne. A jeśli chodzi o marketing, to znacznie lepiej jest w debacie uczestniczyć, niż z własnej woli zamilknąć. Tyle że nie jest już dobrze bredzić, więc cóż innego zostaje? Trzeba się po prostu nauczyć. Nauczycielami mogą być ludzie, może być historia, a może być spojrzenie w głąb siebie – tu szkoły są różne, ale moim skromnym zdaniem, każde działanie będzie lepsze niż brak działania na rzecz zdobycia wiedzy.

Zielone sny…

…to chyba najbardziej naciągana część tego artykułu i od razu zaznaczam, że odnoszę się raczej do zielonych snów i zielonych lat, które przewijały się w paru piosenkach Budki Suflera, a nie tego, co dziś pod hasłem „zielone sny” wypluwa Google. Choć fakt – copywriting korzysta i z tych mniej godnych uwagi źródeł. Prawda jest jednak taka, że szczypta zielonego optymizmu (nie mylić z „zieloną wróżką”, która pomagała chyba niektórym autorom tekstów reklamowych) jest potrzebna. Zdecydowana większość przekazów musi być optymistyczna. Paradoksalnie dotyczy to również tych najmniej „różowych” reklam, bo choćby zakładów pogrzebowych, które w niełatwych chwilach muszą zdobyć klienta substytutami radości: spokojem, pewnością i względnym komfortem.

Evergreen, czyli sztuczna trawa…

…taka pasza na niemoc twórczą. Siadasz, starasz się pisać i nie wychodzi nic sensownego. Czy zdarza się to wszystkim? Pewnie tak, ale nie zawsze należy traktować to jako porażkę. Kiedy jednak termin nagli i COŚ napisać trzeba, tylko nic NOWEGO jak na złość nie chce wyjść, wówczas, zamiast wysiewać trawę, trzeba rozwinąć sztuczną, czyli dotknąć tematu rozwałkowanego na grubość papieru śniadaniowego. Niech będzie moda, podróże, samorealizacja, księgowość w firmie, marketing, a wszystkie one widziane z najbardziej typowej perspektywy. Content marketing to w dużej mierze powielanie treści, ale innymi – lepszymi dla określonych czytelników – słowami. Nie zawsze nowość jest tym, co będzie najbardziej atrakcyjne medialnie. Czasem „zawszezielone” teksty sprawdzają się znacznie lepiej.

Zielona trawka…

…to idealne miejsce dla większości najgłośniej krzyczących specjalistów od marketingu. Na zieloną trawkę bowiem należy wysłać wszystkich, którzy krzyczą o tym, że „trzeba uprzedzić kontakt klienta”, „za wszelką cenę zaspokoić potrzeby”, „opuścić strefę komfortu” i głoszą podobne brednie. Szablon – co do zasady – jest zły, nawet jeśli jest dobry. Dlaczego? Bo nawet idealnie opracowany szablon odpowiada tylko szablonowemu klientowi. Jeśli masz przeciętny produkt, z którym chcesz dotrzeć do przeciętnego klienta, to takie podejście ma sens, a jeśli nie, to na pewno zgodzisz się, że zielona trawka zaraz zapełni się ludźmi, których twierdzenia marketingowe, nawet jeśli podbudowane faktami, nie sprawdzają się w przypadku produktów indywidualnych lub wielu rodzajów usług.

Zielone. Po prostu.

Ze względu na przeliczniki NBP zielone są przez copywriterów witane równie ciepło co złotówki (oczywiście w nominalnie równych ilościach). I są już takie agencje, gdzie to właśnie dolary są obowiązującą walutą, tylko czasem jakość nijak ma się do tak wyrażonych cen. To trochę tak, jak paręnaście lat temu z chemią niemiecką – dziś ten szał powraca, choć praktycznych powodów do tego nie ma. Z jakiegoś powodu to, co zza Odry, miało być lepsze. Dziś trzeba szukać lepszego już nie za rzeką, ale za oceanem, więc chętnych do płacenia w zielonych nie brakuje. Niby można i, co tu się oszukiwać, też chętnie przyjmę 100 dolarów zamiast 100 złotych, ale z punktu widzenia zamawiającego ważniejsza niż cena, powinna być jakość.

I tyle. Niech się zieleni!

Podsumowania nie ma. Idę popatrzeć na świeżą trawę. Ale gdybyście czegoś potrzebowali, to zawsze możecie pisać!

Powiązane wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *