Po dłuższej przerwie nareszcie skończyłem (przynajmniej w podstawowym zakresie) prace nad nowszą wersją strony. Nie tylko nie wygląda jak nowsza, ale wręcz w niektórych miejscach tchnie anachronicznym urokiem. Tak miało być, bo pisanie jest jedną z najdawniejszych sztuk i zbędne ozdobniki nie są tu szczególnie potrzebne. Nie zmienia się motto, nie zmieniają się zasady działania, choć trochę zmodernizowałem zakres usług. Wszystko zresztą jest widoczne jak na dłoni, razem z ostatnimi wpisami na blogu, co cieszy mnie niezmiernie. Niestety nie przeniosłem jeszcze portfolio i to zajmie mi trochę czasu, bo nie mogę się zdecydować na żaden szablon. No, nieważne.

Mam nadzieję, że w nowej odsłonie wszyscy łatwiej znajdą poszukiwane treści, dane kontaktowe i wszystko, co jeszcze może być potrzebne. Na tym w zasadzie należałoby ten wpis zakończyć, bo trzeba wracać do pracy, ale jest jeszcze coś, o czym przy okazji chętnie napiszę. A mianowicie o „nowych początkach”.

Nowy początek i nowa tradycja

Początek nie może być nowy, ponieważ nie ma czegoś takiego jak stary początek. Z drugiej strony każdy początek jest nowy, bo jeśli nawet mówi się o nim we wspomnieniach, to przecież mówi się o nowości. Z kolei tradycja nie może być nowa, ponieważ słowem tym określa się jedynie zwyczaj już okrzepły – początek więc jest niejako przeciwieństwem tradycji. A to oznacza, że początek może zmienić się w tradycję. Tradycja zaś w początek – nie, aczkolwiek może dać początek czemuś nowemu. I nie piszę tego tylko dlatego, że zajście to odbywa się w sferze leksykalnej, ale trochę też filozoficznej, co już ma spore znaczenie dla wartości przekazu marketingowego.

Początek w przekazie marketingowym

Co w marketingu działa skutecznie? Nowość. Dlaczego? Bo to rewolucja – odrzucenie jednym ruchem wszystkiego, co do tej pory było złe. Nowością w 2007 roku był iPhone, który zmieniał postrzeganie telefonów komórkowych, ale dziś nowe modele, choć cieszą się mniejszym lub większym zainteresowaniem, żadną rewolucją nie są. Odcinanie się od tego, co złe czy bodaj tylko niedoskonałe, jest idealnym początkiem dla produktów, które powiązane są na przykład z poziomem życia czy komfortem. Nieszczególnie ceni się rewolucje w zakresie bezpieczeństwa, stabilności (to zrozumiałe) czy innych podstawowych potrzeb. Zobacz, że ultranowoczesne metody nauki języków też budzą nieufność, choć co może być złego w opanowaniu nowego języka w tydzień lub dwa? Nic. Ale to rewolucja, która dotyczy podstawowej potrzeby: komunikacji. Dlatego szkoły językowe nie świecą pustkami.

Tradycja zabezpiecza byt

Do tradycji odwołują się chętnie piekarnie, domy wydawnicze czy niektóre warsztaty samochodowe. W pierwszym przypadku „bo bez polepszaczy”, w drugim „bo prowadzimy korektę i nie drukujemy bubli”, a w trzecim „bo dzięki nam tysiące osób mają bezpieczne auta”. Wszędzie tu widać przywiązanie do tego, co sprawdzone, co zawsze ważne. Nowa metoda wypieku chleba? Znaczy się „codziennie świeże” (ale nie powiemy wam, że z mrożonek leżących po parę miesięcy). Nie, dzięki. To może nowoczesny warsztat, w którym wszystko kontrolują tylko maszyny (moje doświadczenia wskazują, że to tylko kwestia czasu, kiedy na mechaniku się, nomen omen, przejadę, ale i tak wolę nie-do-końca-uczciwego człowieka niż bezmyślną maszynę)… Też nie. Po prostu tam, gdzie wartością podstawową jest stabilizacja i bezpieczeństwo, rewolucja nigdy nie jest odpowiedzią.

A gdyby to połączyć?

Skoro początek może zrodzić tradycję, to może jest to dobra droga? W wielu przypadkach można przypuszczać, że tak: jeśli przeprowadza się pewną rewolucję, która, uważniona przez upływający czas, daje podwaliny pod pewne tradycje, to firma się rozwija, a usługi cieszą się niesłabnącą popularnością. To rozwiązanie idealne z marketingowego punktu widzenia, ponieważ pozwala pokazać wszystkim, kto miał rację. Niestety to podejście absolutnie nie sprawdza się w grze o szybki zwrot. Tradycje mogą zarabiać, ale – z definicji – wymaga to czasu. Nie ma go w tradycyjnej implikacji czas to pieniądz. Gdyby ją jednak odwrócić i powiedzieć, że pieniądz to czas, wtedy można by było po prostu przeczekać kiepską koniunkturę rewolucji i doczekać hossy wynikającej z utrwalonej naturalnie pozycji na rynku.

Przepływ czy obieg?

Tak sobie rozważam początek i tradycję, a tu nagle atakuje mnie znienacka możliwość powiązania tego z pojęciami z zakresu ekologii, a konkretnie „przepływu energii” i „obiegu materii”. Ta pierwsza rozprasza się i nawet jeśli w sumie nie znika, bo niezbyt może, a materia nie znika nawet w mniejszych układach. A w marketingu? Mamy do czynienia z „przepływem nowości” czy „obiegiem nowości”?

Jeśli miałby to być przepływ, to coś, co miałoby początek, po jakimś czasie by wygasało. Stałoby się tradycją albo nie, to już inna sprawa, ale każda nowość po pewnym czasie nie tylko traciłaby walor świeżości, a także znikała zupełnie. Wiele wynalazków znikało, może dając jakiś asumpt do kolejnych, ale kończąc samodzielną egzystencję. Nie brakuje jednak przykładów takich nowości, które ewoluowały, koniec końców może i stając się czymś zupełnie innym, ale powiązanym z pierwowzorem – koło, ogrzewanie (od otwartego ognia, przez otwarte palenisko, po centralne ciepłownie) itd.

A co, jeśli nowości krążą i wracają? Jak moda na dzwony, t-shirty i Ray-Bany? Co dzieje się z „nowością”, która się zestarzeje i utai? Czy każdy produkt ma taką fazę i trzeba od początku przygotowywać się na koniec? Pytanie musi zostać otwarte, ponieważ nie ma w jaki sposób dowieść którejkolwiek z odpowiedzi – podawanie przykładów nie dowodzi prawdziwości teorii. Ale to nie znaczy, że nie można wyciągać wniosków.

Co się liczy dla marketera?

Każdy produkt wchodzi na rynek, krzepnie na nim, przygasa i znika (a przynajmniej nie można tego nigdy a priori wykluczyć). Każda z tych faz musi cechować się innym podejście do marketingu – inaczej się o produkcie lub usłudze mówi, inaczej się dociera do zupełnie innej grupy odbiorców i nawet cele kampanii są różne. Stosowanie zawsze tej samej miary prowadzi do obniżenia potencjału przebicia, jaki ma każdy produkt w określonej fazie. Warto więc czasem spoglądać na sam produkt i na nim się skupiać, choć w „Strunach psychologicznych” uzasadniałem, dlaczego często należy zupełnie produkt pomijać. Czy co? Czyli „elastyczność, głupcze”!

Powiązane wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *